Tu jesteś: Strona główna >  Praca - media i reklama >  "Mazowieckie To i Owo" - szkoła...

Praca - media i reklama

"Mazowieckie To i Owo" - szkoła rzemiosł różnych

"Mazowieckie To i Owo" - szkoła rzemiosł różnych

Data:
2008-09-08 09:18
W legionowskiej redakcji pracowałem od lipca 1996 do czerwca 1998 r., ale z Wydawnictwem TiO byłem związany przez 14 lat...

Zaczęło się to wszystko od jednego wywiadu dla "Gazety Radzymińskiej" w lecie 1995 roku. Z "GR" współpracował mój ojciec i kilka razy wsparłem go, gdy zastępował naczelnego podczas urlopów tego ostatniego (czytaj osobny wpis).

Później był półroczny epizod z "Gazetą Tłuszczańską" (patrz wcześniejszy wpis)... Od lipca 1996 roku przez trzy popołudnia w tygodniu, a później już prawie w pełnym wymiarze godzin pracowałem w Legionowie w redakcji tygodnika „Mazowieckie To i Owo”. Opracowywałem wówczas krótkie informacje z miejskich imprez, przygotowywałem biuletyn samorządowy i redagowałem stronę młodzieżową, która stała się dla mnie początkiem przygody z gwiazdami. Kontynuowałem ją później w prasie muzycznej i młodzieżowej. 

Praca w "To i Owo" to była prawdziwa szkoła dziennikarskiego rzemiosła, którego mogłem uczyć się od redaktorów naczelnych pp. Jerzego Buze (doświadczonego redaktora sportowego, człowieka skromnego i życzliwego, którego bardzo ciepło wspominam) oraz Roberta Nowińskiego (humorystę, gawędziarza sypiącego z rękawa smacznymi dykteryjkami i zarazem człowieka starannie skrywającego swoją wrażliwość)... Postacią nieco mroczną i tajemniczą niczym szpieg z krainy deszczowców - tak mi się wydawało na początku - był dziennikarz śledczy Piotr Nowotny - (nie tylko dziennikarz ale i aktor teatralny, "fan" C.K. Norwida, muzyk bluesowy - a tam muzyk - w zasadzie człowiek orkiestra!), z którym do dziś, choć "wyemigrował" na Pomorze Środkowe, od czasu do czasu wymieniam korespondencję. A Mariusz - najszybszy kolporter świata, który naprawdę potrafił taaaaaką rybę złapać (choć nie "wyższą" wobec jego słusznego wzrostu)... A jego żona Jola, która zawsze tryskała humorem i dbała o... nasze konta. A panie Ewy, które potrafiły porozmawiać i uśmiechały się nawet w te smutniejsze dni... A prezes Paweł... Co ja mówię, prezes, tam był cały klan, kompania braci - każdy inny... Nic nie napiszę, bo zawsze któremuś może się nie spodobać i zamkną mi szlaban do Legionowa... Żartuję - porządne chłopy ;-)

Z pracy w tym podwarszawskim "koncernie prasowym" miło wspominam też wtorkowe wysyłki i spotkania z koleżankami i kolegami z innych tytułów prasowych tego samego wydawnictwa - z terenu. Mam tu na myśli Anię z Nowego Dworu, Marka i jego dziewczyny z Pułtuska, Edmunda z Ciechanowa i Agę z Wołomina. Z Agą trudno mi się współpracowało, ale doskonale dogadywaliśmy się prywatnie. Cóż - nie wszyscy nadają na tych samych częstotliwościach, ale cieszy mnie, że ani razu nie zachowaliśmy się wobec siebie nie fair - do końca z szacunkiem ;-).

Z końcówki lat 90. w Legionowie zapamiętałem bardzo sympatyczną postać - rzecznika prezydenta miasta – pana Mariusza Błaszczaka, dzisiejszego rzecznika i szefa klubu PiS. Ciekaw jestem, czy prywatnie pozostał taki sam... W Legionowie nawiązałem też bardzo cenną, trwającą do dziś przyjaźń z najpracowitszym ze znanych mi historyków... Nazwiska nie muszę wymieniać. Ten Pan wie, wyżej wymienieni też... A inni czytający? Niekoniecznie, ponieważ to tylko część moich wspomnień, a nie "magiel towarzyski" w kolorowej gazecie.

Robert Szydlik